nieobce ziemie
“There are no foreign lands. It is the traveler only who is foreign.” – Robert Louis Stevenson

Image and video hosting by TinyPic

Dzienniki podróżne Malwiny i Mateusza z krajów dalekich.

HOME
ARCHIVE
ABOUT
FLICKR

FILMYNowa ZelandiaChinyhong kongmongoliaROSJAbajkałtranssyberyjkaJAPONIAIRAN
NEXT »
Myvatn.
fot. Malwina

Elliðaey - island owned by Björk
Iceland
fot. Malwina

Myvatn. Iceland.
fot. Malwina

Dominik. Iceland.

Hverir.
Iceland.
fot. Malwina

We don’t have any photos from Iran, since we’ve lost our camera. Made by our Italian friend by point-and-shoot camera.
Iran, 2012

Iran

W Iranie po raz pierwszy w życiu usłyszałam tak zwane kłamstwo oświęcimskie. Można je popełnić na przykład poprzez twierdzenie, że Holocaust nigdy nie istniał. Mamy z nim do czynienia również wtedy, gdy ktoś w sposób drastyczny kwestionuje jego skalę, redukując liczbę zabitych z sześciu milionów do co najwyżej kilkuset tysięcy.

Takie właśnie tezy, w atmosferze towarzyskiej aprobaty, wypowiadał doktor irańskiej politechniki- człowiek, który przez całą wcześniejszą rozmowę dawał popis erudycji i trzeźwego myślenia.

W muzeum miejskim w Tabriz przeczytałam, że kiedy w 1937 roku Szach Reza Pahlavi zakazał noszenia chust i czadorów, niektóre kobiety czuły się tak obnażone, że przez sześć lat nie wychodziły z domów. Dopiero islamska rewolucja zdołała przywrócić wydartą im godność.

Kiedy z ekscytacją właściwą dziecku urodzonemu i wychowanemu w postkomunistycznej Polsce, wykrzykiwałam naszej gospodyni, że warto wierzyć w wolność i marzyć o demokratycznym kraju, sprawiała wrażenie jakby nie wiedziała o czym mówię. Zmieniała temat, bądź zastanawiała się głośno, czemu ktokolwiek miałby wyjeżdżać z Iranu, skoro żyje się tu tak dobrze. Słyszała za to, że w Europie jest taka bieda, że ludzie muszą organizować świąteczne zbiórki żywności.

Pokolenie nasze wychowane zostało w najwyższej czujności na każdy rodzaj propagandy. Stonki ziemniaczane dawno oblepiły alternatywne knajpy czerpiące inspirację z absurdów PRL-u, IPN wyprodukował grę planszową bazowaną na systemie nakazowo – rozdzielczym, a słowo „propaganda” w nieskończoność powtarzane nam jest w szkole od najmłodszych lat. Nie mogłam uwierzyć, że oto widzę przed sobą ludzi, którzy przeszli najprawdziwsze pranie mózgu i uwierzyli bez mrugnięcia okiem w jawne kłamstwa.

Wszystko, co wiedziałam wcześniej o Iranie przesiąknięte było strachem i niepokojem. Był dla mnie synonimem szaleństwa i nieprzewidywalności. Cóż to bowiem za straszliwy kraj, którego obywatelom każde prawie państwo świata zabrania przekroczenia swoich granic, a wszystkie dziedziny życia są poddane absolutnej kontroli sądów religijnych? Kraj, w którym kobiety nie prowadzą samochodów, a żołnierze za odmowę porannej modlitwy w armii karani są wielomiesięczną izolatką? Wszystko, co wiedziałam wcześniej o Iranie mówiło: jedziesz do totalitarnego kraju, w którym panuje prawo szariatu. > > >


We don’t have any photos from Iran, since we’ve lost our camera. Made by our Italian friend by point-and-shoot camera.
Iran, 2012

We don’t have any photos from Iran, since we’ve lost our camera. Made by our Italian friend by point-and-shoot camera.
Iran, 2012

> cd.

Pierwsze pytanie, które usłyszeliśmy w ambasadzie turecko-irańskiej w Trabzonie brzmiało: czy kiedykolwiek w życiu byliśmy w Izraelu, a jeżeli nie, to co robiliśmy cztery lata temu w Stanach Zjednoczonych? Nasze paszporty zostały kilkakrotnie wolniutko przekartkowane w poszukiwaniu najmniejszej choćby oznaki współpracy z amerykańsko–żydowskim wywiadem wojskowym. Jako obywatele Polski zostaliśmy potraktowani względnie ulgowo – wizę dostaliśmy tego samego dnia płacąc 70 euro. Brytyjczykowi w ramach zadośćuczynienia za brzydką politykę swojego kraju zaśpiewano trzy razy więcej.

Granicę przekraczaliśmy pieszo, obładowani wielkimi plecakami. Chusta ciasno okalała mi głowę oraz szyję, tak, aby najmniejszy kosmyk włosów nie wystawał z pod hijabu. Przy czterdziestostopniowym upale, to szalone połączenie ubrań zakrywających praktycznie każdy skrawek ciała sprawiało, że czuliśmy się zmęczeni, przytłoczeni, onieśmieleni. Byliśmy jak malutkie mróweczki wchodzące do imperium zła. Z wielkich tablic spozierał na nas - jak lubił o nim mówić Kapuściński – chmurny starzec Ajatollah Chomeini - symbol ludowej rewolucji, twórca demokracji religijnej, człowiek roku magazynu Time. Jego powrót do ojczyzny witało w 1979 roku dziesięć milionów Irańczyków, czyniąc z tego największą w historii ludzkości manifestację uliczną.

Jakież niesamowite zdziwienie nas ogarnęło, kiedy na spotkanie przy przejściu granicznym wyszło nam naprzeciw, zamiast uzbrojonych po zęby ekstremistów z długimi brodami, trzech rozbrajająco uśmiechniętych urzędników! „Welcome to Iran!” usłyszeliśmy, po czym każdy jeden musiał choć raz ścisnąć Mateuszowi dłoń. „Welcome to Iran, mister! Have a nice time in Iran” słyszeliśmy od wszystkich pracowników przejścia granicznego. Oczy ich na nasz widok wyrażały nieukrywaną ciekawość, serdeczność, blask. Mówiły: jak dobrze, że w końcu do nas dotarliście. Czekaliśmy na was. Mamy wam do pokazania piękny kraj. Ich spojrzenia wyrażały taki zachwyt, jaki mogłyby wyrażać  tylko ludzkie twarze, gdyby na naszej planecie wylądowali pewnego dnia kosmici i okazało się, że usłyszawszy „II Koncert Brandenburski” Bacha wysłany w próżnię na Voyagerze postanowili poznać rasę ludzką - twórców tak znakomitej cywilizacji. Taką oto minę mieli Irańczycy ujrzawszy pewnych młodych obcokrajowców, którzy zapragnęli zwiedzić ich pradawny kraj, kolebkę wielkiej perskiej cywilizacji.

Ów zachwyt towarzyszył nam przez cały pobyt w Persji. Nie było dnia, żeby dwadzieścia osób nie zaczepiło nas na ulicy witając w Iranie i pytając, co myślimy o ich kraju. A w oczach każdego tliła się nadzieja, że nam się podoba, że jest lepiej, niż myśleliśmy i że wszystko, co złe o nich słyszeliśmy w zachodnich mediach okazało się nieprawdziwe. To niesamowite zafascynowanie naszymi osobami nie miało nic wspólnego z arabską nachalnością, której często doświadczyć można na wycieczkach do Egiptu czy Tunezji. Persowie nic od nas nie chcieli, nie wyobrażali sobie, że śpimy na dolarach, ani niczego nam nie próbowali wciskać na siłę. Do swoich sklepów zapraszali nas tylko po to, żeby posadzić na wygodnych poduszkach i napoić herbatą. > > >


We don’t have any photos from Iran, since we’ve lost our camera. Made by our Italian friend by point-and-shoot camera.
Iran, 2012

We don’t have any photos from Iran, since we’ve lost our camera. Made by our Italian friend by point-and-shoot camera.
Iran, 2012

> cd.

Po pierwszym zachłyśnięciu się czarującą uprzejmością i dziecinnie niewinną ciekawością Irańczyków, cała nasza uwaga skupiła się na obserwacji tego fascynującego i jakże innego świata. Paradoks jego polega na tym, że życie, które wiodą na ulicach mieszkańcy Iranu diametralnie różni się od tego, które prowadzą w swoich domach. Zjawisko to pozwolili nam zrozumieć nasi gospodarze z couchsurfingu. Uważnemu czytelnikowi od razu pojawi się w głowie czerwona lampka. Jak to couchsurfingu? Czy może być coś bardziej niebezpiecznego dla systemu, niż zagraniczni goście będący namacalnym dowodem istnienia lepszego świata? Ta dziwna moda z zachodu, mimo braku wyraźnego powodu uznana została za wywrotową, a tym samym - nielegalną. Społeczność couchsurferów miewa się jednak całkiem dobrze. Jak wyjaśnić ten fenomen? Władze Iranu prowadzą bardzo restrykcyjną politykę wizową. Mało obcokrajowców jest wpuszczanych na terytorium kraju, a jeszcze mniej Irańczyków może dostać wizę na wjazd do obcego państwa, o Unii Europejskiej ani o Stanach Zjednoczonych nie wspominając w najśmielszych marzeniach. Jedyną drogą poznania kogoś z zagranicy jest właśnie couchsurfing. To dlatego dostawaliśmy dziennie kilkanaście zaproszeń do domów Irańczyków, gdybyśmy tylko mieli zagościć w Isfahanie, Teheranie, Shiraz, nawet jeżeli z naszej podróży wynikało, ze udajemy się w zupełnie innym kierunku. A nuż zmienimy zdanie.

Nie tylko niektórym z nas wydaje się, że facebook, youtube i alkohol to szatańskie narzędzia przejęcia kontroli nad umysłami. Do podobnego wniosku doszli islamscy przywódcy religijni, którzy całkowicie je zdelegalizowali. Jak jednak wspominałam, w domach Irańczycy żyją tak jak chcą, pod warunkiem, że dostaną gdzieś na czarnym rynku nielegalne dobro. Zdobyłam też wiedzę tajemną: po raz pierwszy w życiu dane mi było dowiedzieć się, co to znaczy łączyć się przez proxy.

Jak się okazuje, mężczyźni we wszystkich krajach świata mają bardzo zbliżone marzenia. Największym pragnieniem naszego gospodarza w Tabriz było … napić się zimnego piwa oglądając bez opóźnień transmisję na żywo z międzynarodowych mistrzostw świata w piłce nożnej. Powszechnie wiadome jest, że czasem realizator pokazuje na trybunach młode kibicki w samych biustonoszach. Jak się okazuje, z tego powodu w Iranie zatrudnieni są cenzorzy, których wyłącznym zadaniem jest oglądanie międzynarodowych transmisji na żywo i wycinanie gorszących obrazów, zanim trafią do publicznej telewizji. Jeżeli nie zdążą tego dokonać we właściwym czasie, ekran zalewa na moment fala żółtych kwiatów.

Oprócz ludzi totalnie zaślepionych przez system i małych sabotażystów, spotkaliśmy także dwóch gorących rewolucjonistów. Pierwszy z nich nadał sobie do imienia przydomek „Che” i nosił namiętnie koszulkę z wizerunkiem ubóstwianego Argentyńczyka. W swym dziecinnym jeszcze buncie i idealizowaniu rewolucji nazywał tamtejszych duchownych „mushroomami” od noszonych przez nich gigantycznych turbanów. Z arogancką przekorą wobec systemu uczył nas składać banknoty w taki sposób, żeby z wizerunku naszego ulubionego starca Ajatollaha Chomeiniego powstał królik. Drugi z nich cudem uniknął kary śmierci za bojówkarstwo i wywiady dla zachodnich gazet. Za dnia był stolarzem, wieczory zaś spędzał na paleniu haszyszu ze swoimi couchami. W przeciągu ostatnich 5 lat zdążył już ugościć ich ponad sześciuset w swojej piwnicy. > > >


iranian visas.
notice year - 1391