[xml][/xml] nieobce ziemie
nieobce ziemie
“There are no foreign lands. It is the traveler only who is foreign.” – Robert Louis Stevenson

Image and video hosting by TinyPic

Dzienniki podróżne Malwiny i Mateusza z krajów dalekich.

HOME
ARCHIVE
ABOUT
FLICKR

FILMYNowa ZelandiaChinyhong kongmongoliaROSJAbajkałtranssyberyjkaJAPONIA
NEXT »
Kioto.
Japonia.

ślub.
Japonia.
fot. Mateusz

Nowa Zelandia

Pamiętam, że od dziecka fascynowały mnie ciekawostki geograficzne. W owej pasji przechodziłem najróżniejsze etapy. Uczyłem się na pamięć wszystkich stolic świata, studiowałem mapy, pojawiały się również krótkie epizody z astrofizyką. W szczególności interesowały mnie rzeczy w swojej dziedzinie największe, najwyższe, najgłębsze. Uwielbiałem to. Była to zwykle wiedza bardzo wybiórcza,  lecz taką właśnie kochałem najbardziej. Dla książek Julisza Verne’a przegapiłem wiele istotnych składników podstawówkowego życia. Dopiero na studiach ponadrabiałem część braków z dzieciństwa oglądając po raz pierwszy Pocahontas i Króla Lwa. Z punktu widzenia mojego pokolenia to przeoczenie haniebne i nie mieszczące się w głowie. Tak jednak miałem i było mi z tym bardzo dobrze.

Po latach uśpione pasje zaczęły powracać. Chęć unaocznienia dziecięcych wyobrażeń o świecie była motorem napędowym dla wielu podróży w te, a nie inne miejsca. W tym procesie wiele z ciekawostek ulegało weryfikacji i konfrontacji ze stanem faktycznym. Czasem źródłem wiedzy była Wikipedia, czasem realna obserwacja.

Wśród owych okruchów geograficznej wiedzy istniało jedno pojęcie, które szczególnie wpływało na moją wyobraźnię. Antypody. Fascynujący był dla mnie fakt ich istnienia, wszędzie, na całej Ziemi. Prosta obserwacja wynikająca z kulistości planety, zgodnie z którą każdy skrawek powierzchni posiada dokładnie jedną antypodę, to znaczy miejsce po drugiej stronie kuli ziemskiej, gdzie wszystko jest idealnie do góry nogami. Funkcjonował swego czasu pewien geograficzny urban myth, który dotarł również do mnie. Chodziło o to, że gdyby w Polsce zacząć kopać głęboki dół, idealnie przez jądro Ziemi, to po drugiej stronie wylądowalibyśmy w miejscu, które jest istotą tej opowieści. W Nowej Zelandii. Dzięki tej prostej ciekawostce dane mi było się nią zainteresować w czasach jeszcze przed władcopierścieniowych, a dokładniej: przed jacksonowych. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że z tą polską antypodą to nie jest tak do końca. Na prawdę wylądowalibyśmy gdzieś na Oceanie Spokojnym, 1400 kilometrów na wschód od najbliższej wyspy Rangintara w archipelagu Chatham. Ale z perspektywy czasu cieszę się niezmiernie, że nie wiedziałem tego wcześniej, gdy do Nowej Zelandii leciałem by realizować jedno z moich dziecięcych marzeń.

Do dziś nie jestem pewien w jaki sposób odbierałbym Nową Zelandię, gdyby nie owa ekscytująca świadomość znajdowania się na peryferiach mapy. Najprawdopodobniej potraktowałbym ją jak kolejną szczodrze obdarowaną przez naturę krainę. W taki sposób myślę o Patagonii, Prowansji albo Kalifornii. Ale nie o Nowej Zelandii. W każdym razie nie tylko tak. Jest w niej bowiem coś wyraźnie innego, można by nawet rzec – nierealnego. Osobliwość lokalizacji zdaje się jakby przekładać na jej cały charakter, i to zarówno przyrody, jak i mieszkańców. To bulgoczące siarkowe jeziora i endemiczne gatunki zwierząt. To rododendronowe lasy i paprocie wielkości drzew. Osiągając gigantyczne rozmiary zdają się rosnąć jak na sterydach. Soczystość barw jest oszałamiająca i tworzy atmosferę istnie fantasmagoryczną. Można by odnieść wrażenie, że w Nowej Zelandii panami świata są nie ludzie, a gigantyczne ważki i leprechauny. Trochę tak, jakby na krańcu świata ewolucja podążała zupełnie innym torem i tempem.     > > >


Milford Sound.
Nowa Zelandia.
fot. Mateusz

Wellington.
Nowa Zelandia.
fot. Mateusz

Aslan’s camp.
Nowa Zelandia

> cd.

Nowozelandczycy podchodzą do swojej przyrody z niezwykłym pietyzmem. Jej ochrona to stan zupełnie dla nich niepodważalny. Na lotnisku w Auckland po przejściu przez immigration office, urzędnicy uważnie oglądali moje górskie buty. Na podeszwie mogły się znajdować fragmenty europejskiej ściółki, pełnej nieznanych tu chorób i grzybów. Pod żadnym pozorem nie wolno tam wwieźć nic organicznego, nawet kanapki. Czasami sprawdzają pałąki od namiotów, czy nie są brudne od ziemi. Gdy w 1870 sprowadzony został z Australii pewien gatunek torbaczy, nastąpił prawdziwy kataklizm. Nie mając naturalnych wrogów, w przeciągu zaledwie 90 lat rozmnożyły się do zatrważającej liczby 70 milionów, stając się szkodnikami zagrażającymi stabilności ekosystemu. 

Nie tylko jednak natura odzwierciedla specyficzny charakter kraju. Pamiętam, że na czas mojej podróży przypadła masakra na wyspie Utoya. Jak większość świata, również i tu ludzie łączyli się w bólu z Norwegią. Zwróciło moją uwagę, że Nowozelandczycy mówili o Norwegach jako o ludziach z którymi czują wyjątkową więź. O narodzie szczególnie im bliskim, najbardziej do nich podobnym. I myślę, że nie chodziło im wyłącznie o fjordy i opiekę socjalną. Te nacje łączy bowiem niezwykłe zamiłowanie do wolności i jej odpowiedzialnego wykorzystywania, w zgodzie z naturą. Niczym nieskrępowany rozwój myśli (bez bagażu historii i brzemion wojen) dał mocne podwaliny pod nowocześnie rozumianą demokrację. Nowa Zelandia jako pierwszy kraj na świecie ustanowiła powszechne prawo wyborcze dla kobiet.

Nowa Zelandia to również światowe centrum sportów ekstremalnych, z Queenstown jako stolicą. Ponieważ najbliżsi sąsiedzi to Australia i Antarktyda, a wszędzie indziej jest daleko, powstają inne formy rozrywki, bardziej lokalne. I ja także, skuszony legendą miejsca skoczyłem na bungee do kanionu. Jeden z lokalsów ubierając mnie w uprzęże opowiadał o swojej podróży do Polski. Rzeczy, o których mówił, były dość standardowe. Dziewczyny ładne, świetne imprezy ze studentami, ukradli portfel. Praktycznie cała Europa to dla niego koniec świata. Ojczyzna jego przodków! Jest rzeczą dla mnie absolutnie abstrakcyjną urodzić się jako człowiek biały, właśnie tam, w Nowej Zelandii. Daleko od geograficznych źródeł kultury i tożsamości. Jak Anglicy urodzeni na Falkladach, Amerykanie na wyspie Guam albo Afrykanerzy w Rodezji. Nowa Zelandia nie posiada ludności rdzennej. Nawet Maorysi są tu przyjezdni. Swoimi canoe przybili do brzegu zaledwie 360 lat przed Holendrami przypływając z wysp Polinezji. Do tego czasu Nowa Zelandia pozostawała dla naczelnych kompletną terra incognita. Jest ostatnim odkrytym i zasiedlonym przez człowieka krajem na Ziemi.

Tuż przed powrotem do Polski przyszła ogromna śnieżyca, największa od lat. Lokalne loty zostały odwołane, nie udało się nam zdążyć  do Auckland, gdzie czekały nas przesiadki. Cała siatka budżetowych połączeń przez Singapur i Dubaj legła w gruzach. Na następny lot trzeba było czekać tydzień. Bo Nowa Zelandia to kraj żywiołów, każdego po kolei. To one wyrzeźbiły tę krainę. Wybuch wulkanu Tarawera, trzęsienie ziemi w Christchurch - to cena, którą Nowa Zelandia wciąż płaci za swoje piękno. I płacić będzie. I choć rajską wyspą nie jest, żadne miejsce na świecie nie zostało szczodrzej od niej obdarowane.


koniec świata.
Nowa Zelandia.
fot. Mateusz

lake Wanaka.
Nowa Zelandia.
fot. Mateusz

Nugget point.
Nowa Zelandia.
fot. Mateusz

Rotorua.
Nowa Zelandia.
fot. Mateusz

lake Wanaka.
Nowa Zelandia.
fot. Mateusz

Nowa Zelandia.

Rotorua.
Nowa Zelandia.
fot. Mateusz

Otago.
Nowa Zelandia.